Wpisz informacje, które znasz

zamknij

Kulturalne wywiady - odsłona V

O zanikającej tradycji oralnej, pracy ilustratora i przyszłych przedsięwzięciach literacko-ilustratorskich...

 

                                         Wywiad z Witoldem Vargasem

 

Zapewne jednym z pierwszych pytań, z jakimi najczęściej spotykasz się podczas spotkań autorskich, jest pytanie o pochodzenie Twojego nazwiska. Mógłbyś przybliżyć swoje korzenie?

 

Ja, tak jak i mój ojciec oraz dziadkowie urodziliśmy się Boliwii, jednak moja mama jest Polką. Można więc powiedzieć, że jestem mieszanego pochodzenia. Mieszkałem z rodziną w Ameryce Południowej do jedenastego roku życia, a od 1981 roku mieszkam w Polsce. I choć sercem wciąż wracam do rodzinnych stron, to korzenie w Polsce zapuściłem już na dobre. Tu pracuję, tu mam żonę, dzieci i dom.

 

Skąd więc Twoja chęć zgłębiania właśnie słowiańskich legend i baśni? Domyślam się, że w Twoich rodzinnych stronach nie brakuje podobnych opowieści?

 

Oczywiście, tam nie brak ludowej fantastyki. Tradycja opowieści jest tam wciąż żywa i właściwie to ma się znacznie lepiej niż tu, w Polsce. Między innymi dlatego, że społeczeństwo jest tam bardziej podzielone na warstwy i każda społeczność żyje według własnych tradycji i zwyczajów. Ludzie bogaci i biali właściwie nie różnią się od Europejczyków. Natomiast Indianie i ludzie z bardziej tradycyjnych regionów, małych, zapomnianych miasteczek, żyją wśród duchów i legend na co dzień. Cała literatura, tak zwany „realizm magiczny”, jak sam Marquez podkreślał, nie jest niczym innym jak zwyczajnym realizmem pochodzącym stamtąd. Podpisuję się pod tym całkowicie. W domu mojej babci wciąż mowa była o snujących się wokół demonach i o koniecznych, zabobonnych zachowaniach.

Wtedy, kiedy byłem częścią tamtej rzeczywistości, nie widziałem w tym niczego dziwnego. Dopiero oddalenie i poznanie innej rzeczywistości otworzyło mi oczy. Jednak moja działalność nie ogranicza się do zainteresowania takimi czy innymi legendami. Oczywiście, uwielbiam je czytać i odkrywać, ale dla mnie najważniejsze jest rozpowszechnianie ich, podarowanie im drugiego życia. I uważam, że znalazłem sposób na to, żeby zainteresować nimi innych.

 

Razem z Pawłem Zychem jesteście autorami kilku książek o polskich legendach, smokach, duchach i rozmaitych zjawach. Jak i kiedy zrodził się pomysł na te publikacje?

 

Paweł, jest tak jak i ja, jest jednym z ludzi, którym zależy na tym, aby wspierać kulturę rodzimą. Obaj nosiliśmy się z takim zamiarem, jeszcze zanim się poznaliśmy. Pewnego razu Paweł zaczął narzekać, że nie ma w Polsce takich publikacji a ja zwyczajnie stwierdziłem, że trzeba zakasać rękawy i je stworzyć. Ot, cała tajemnica. Oczywiście nie należy rozumieć, że w Polsce brak badań etnograficznych, zbiorów legend i wszystkiego co jest potrzebne, żeby naszą kulturę zachować. Od dzieła wielkiego Kolberga zaczynając. My, jako rysownicy z zawodu, postanowiliśmy ubrać wszystko w formę bardziej obrazową i dostosować ją do naszej estetyki. Choć i tu nie zdobywaliśmy dziewiczych lądów. W malarstwie Młodej Polski pełno jest odniesień do słowiańskiej mitologii i demonologii. Właściwie to, co wtedy głosiło się poprzez malarstwo, dziś my rozpowszechniamy za pomocą rysunku w książkach.

 

Jak wyglądały prace nad książkami? Od czego zaczynałeś zbieranie materiałów do książek? Jak wpadałeś na trop poszczególnych opowieści i legend?

 

Oczywiście nie jesteśmy etnografami ani do tego miana nie pretendujemy. Nie jesteśmy naukowcami, ani terenowymi badaczami. Korzystamy z materiałów już opublikowanych, których jest potężna ilość. Tysiące lokalnych badaczy i zbieraczy z całej Polski opublikowało dotychczas istne cuda - książki, o których właściwie nikt nie wie. Czasem są one bardzo przystępnie napisane, a czasem niesamowicie ciężkim, naukowym językiem, który może łatwo zniechęcić. Nasza praca zaczyna się właśnie w bibliotece: Mocna kawa i czekolada raz na dwie godziny zawsze pomagały - przynajmniej mi - przedrzeć się przez te sterty gorzej lub lepiej napisanych książek. Dopiero po przeczytaniu kolejnej dziesiątki książek, wątków mniej lub bardziej istotnych, historie zaczynały mi się krystalizować. Dopiero po wyjściu z biblioteki, niektóre rzeczy stawały się jasne i układały w całość.

Oczywiście równie ważnym jest, by oprócz czytania książek, studiować notki bibliograficzne. Otwierają one kolejne, coraz to nowe drzwi i prowadzą do tak magicznych miejsc, że aż trudno uwierzyć. Jednakże, istnieje również pewne ryzyko. W tym morzu informacji niezwykle łatwo całkowicie się zaplątać. Każdy wątek okazuje się być sam studnią bez dna, istnym labiryntem. I koniec końców zmuszeni jesteśmy okroić materiał tylko do jednego zagadnienia. Tak się stało na przykład z „Duchami polskich miast i zamków” Książka miała z początku dotyczyć wszelkich polskich legend o duchach, jednak materiału było tyle, że choć zmieściliśmy ich około pięciuset, to musieliśmy odłożyć wszystko co zebraliśmy o duchach wsi i bezdroży na kolejną książkę. Dopiero, kiedy materiał jest gotowy i zredagowany, ten z nas, który pisze, decyduje jak dzielimy się ilustracjami. Nasze książki mają ilustrację na każdej rozkładówce i zawsze staramy się dzielić nimi po równo. Może dlatego, że ilustrowanie to najprzyjemniejsza część naszej pracy. W końcu jesteśmy rysownikami. Paweł jest architektem, a ja nauczycielem plastyki w szkole.

 

Prace nad którą książką sprawiały Ci największą radość?

 

Pisanie i ilustrowanie książek zawsze sprawia mi nieograniczoną radość. Ale żeby być uczciwym, muszę powiedzieć, że czasem bywa ciężko. Na satysfakcję trzeba nieraz czekać nawet kilka miesięcy. Na co dzień bywa też tak, że męczę się strasznie. Są dni, kiedy nie mogę na swoje rysunki patrzeć, wydają mi się kompletnie beznadziejne. Chodzę po domu i zapewne bywam nieznośny. A czasem tak się nimi zachwycam, że żona patrzy na mnie z niedowierzaniem, zupełnie jak na wariata. Ta praca ma codziennie inne oblicze. Jest trochę jak życie: raz piękna, raz koszmarna, ale nie zamieniłbym jej na żadną inną. Z krótkiego tekstu można wykreować obraz, a to niezwykle magiczna rzecz. Uwielbiam konfrontować efekt z pierwszymi wyobrażeniami. Wracać do szkiców i śledzić narodziny jakiegoś pomysłu od samego początku. Oczywiście, czasem wydaje mi się, że odrzuciłem cała masę genialnych rzeczy, a zachowałem najgorsze, ale często jest całkiem na odwrót. Robienie takich książek jak nasze, gdy za wszystko jesteśmy odpowiedzialni my, gdzie w naszych głowach rodzi się koncepcja, powstaje makieta, zmienia się, przeobraża, szkice zamieniają się w ilustracje. To taka kwintesencja pracy twórczej. I tak jak to jest z pasją - rodzi wszelkiego rodzaju emocje.

 

A co z kolei stanowiło największe trudności podczas pracy nad książkami?

 

Nie wiem, jak Paweł odpowiedziałby na to pytanie, ale dla mnie najtrudniejszy jest ogrom pracy oraz to, że nie możemy poświęcać się temu zajęciu całkowicie. Musimy, tak jak każdy, również pracować i zarabiać na chleb. A chwile poświęcone na produkcję książek są wyrywane drobnymi kęsami z przerw między jednym a drugim życiowym obowiązkiem. Reszta to pestka.

 

Polacy pokochali nie tylko Twoją niepowtarzalną „kreskę”, ale docenili także niezwykły dar do snucia opowieści. Czy w Boliwii sztuka opowiadania ma jakąś szczególną tradycję?

 

W kulturach tradycyjnych opowiadanie nie jest sztuką tylko obrzędem, sposobem na wzmocnienie społeczności i samego życia. Ja wychowałem się w kulturze mówionej i pisanej, ale wakacje spędzałem u babci, gdzie wciąż panowała kultura wyłącznie mówiona. Czy można nazwać tych ludzi analfabetami? Z formalnego punktu widzenia tak, ale ja życzyłbym każdemu wykształconemu obywatelowi metropolii takiej elokwencji, tak bogatego słownictwa i biegłości w mowie, jaką władała moja babcia. Tego nie da się porównać z niczym do czego jesteśmy przyzwyczajeni.

 

Pamiętam jedną z moich babcio-ciotek w Boliwii - fantastyczną bajarkę. Miała ponad sto lat i z powodu wieku nie wstawała już z łóżka. Razem z innymi dzieciakami wpadaliśmy do niej wieczorami. Po krótkim przypomnieniu jej, kim jesteśmy, zaczynała snuć swoje niekończące się opowieści. A my jak zahipnotyzowani słuchaliśmy jej godzinami. Niestety, nie pamiętam wszystkiego o czym mówiła. Ale wiem, że były to opowieści pełne baśni przeplatanych wątkami autobiograficznymi, plotkami sprzed pół wieku. Cały świat magiczny, żywcem wzięty z powieści Marqueza. To właśnie chęć dokonania tego, czego dokonywali ludzie z moich z rodzinnych stron, pcha mnie do próbowania własnych sił w opowiadaniu. Właśnie ustnym, żywym.

 

Zdradziłeś kiedyś, że jesteś w trakcie tworzenia ilustracji do opowiadań Brunona Schulza. Skąd fascynacja twórczością właśnie tego pisarza i chęć jego zilustrowania?

 

Odpowiedź nasuwa mi się sama. Schulz pisał, rysował i uczył w szkole – to zupełnie tak jak ja. Ponoć snuł swoje opowieści uczniom bez końca - ja robię tak samo. I śmiem twierdzić, że mamy podobną wrażliwość. Czytając jego opowieści, utożsamiam się z nim całym sobą. Być może tylko wątki erotyczne są w moim odczuciu bardziej znakiem epoki i dziś nie mają racji bytu w tej formie, ale cała reszta, jak najbardziej. Nie mówię jednak, że erotyka jest do odrzucenia. Ona jest po prostu ubrana w pewną fantazję umiarkowanie masochistyczną, która akurat mi jest obca. Natomiast to czego się podjąłem nie można nazwać ilustracją. Nazwałbym raczej przekładem na język obrazu. I wiele lat myślałem nad tym jak tego dokonać. Przychodziły mi na myśl komiks, film, seria obrazów, ale to nadal nie było to. Moim zamierzeniem jest nie pomijanie niczego, co występuje w treści. Ilustracja zawsze wybiera pewne kluczowe wątki, ja staram się zawrzeć maksymalnie dużo. Komiksem też nie nazwałbym mojego projektu, bo to z kolei nie będzie ciąg obrazków. Doszedłem do wniosku, że jeśli będę ilustrował Schulza na dużym formacie, dosłownie każdy rozdział „Sklepów Cynamonowych”, to uda mi się wszystko zmieścić. Wielce pomocny okazał się w tym holenderski malarz i grafik, M.C. Escher. On zasugerował pojęcie przestrzeni, w której zmieścić można wielokrotnie więcej niż w zwykłej, gdzie czas nie przebiega liniowo, tylko kilkakrotnie się zapętla.

 

Witoldzie, dowiedziałam się, że zajmowałeś się także animacją filmową. Ponadto jesteś też muzykiem. Na jakim instrumencie grasz i jaką muzykę wykonujesz?

 

Uczyłem się grać na klarnecie, a jednak potem, z tęsknoty do swojej pierwszej ojczyzny, zająłem się instrumentami andyjskimi. Grałem w zespole Varsovia Manta przez cały okres jego świetności. Dziś może nie wszyscy o nim pamiętają, ale swego czasu był to ogólnie znany zespół muzyki andyjskiej. Moim głównym instrumentem jest flet andyjski „Quena” - bardzo podobny do fletu prostego, ale bez ustnika. Gram również na bębnach, na gitarze i czasem śpiewam.

 

Czy masz w planach kolejne książki o smokach lub innych fantastycznych zjawach? Zdradzisz nam nad czym, pomijając ilustrowanie Schulza, aktualnie pracujesz?

 

W tej chwili oddałem ilustracje do „Księgi Zbójników Karpackich”, której co prawda nie napisaliśmy z Pawłem, ale pojawi się w naszej serii „Legendarz” tak jak „Księga smoków polskich”. Obecnie pracujemy nad dwiema autorskimi książkami: jedną o polskich legendach opowiadających o ludziach z krwi i kości, a drugą o walce dobra ze złem w polskiej kulturze ludowej w postaci świętych i diabłów. Roboczy tytuł książki to„Polskie anioły i demony”

 

Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę Ci dalszych sukcesów oraz wielu fascynujących odkryć!

 

Dziękuję również.

 

 

Witold Vargas - ilustrator, muzyk, podróżnik, nauczyciel rysunku, współautor „Bestiariusza słowiańskiego”, „Duchów polskich miast i zamków” oraz „Księgi smoków polskich”.

 

 

Wywiad przeprowadziła:

Karolina Kunda-Kuwieckij

Kontakt

mail: prus@prus24.pl

telefon: (22) 826-18-35

Copyright © 2001-2018 Główna Księgarnia Naukowa im. B. Prusa. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Home   /   Informacje   /   Kontakt
Projekt i realizacja:
MDA.pl