Wpisz informacje, które znasz

zamknij

Kulturalne wywiady - odsłona II

 

O pracy w kulturze, przedsięwzięciach i inspiracjach literackich...

                                           Wywiad z Anną Król

 

 

Na początek chciałabym zapytać Cię o Twoją działalność związaną z agencją Go Culture, której jesteś założycielką, a która to agencja jest pierwszą w Polsce i jedną z nielicznych w Europie, która specjalizuje się w budowaniu wizerunku i rozwijaniu promocji poprzez kulturę, sztukę i rozrywkę. Mogłabyś opowiedzieć coś więcej o agencji, jej innowacyjności i roli na polskim gruncie kulturalnych eventów?

 

W roku 2010 odeszłam z pracy w agencji komunikacji, w której także udawało mi się realizować projekty ciekawe, użyteczne społecznie, służące kulturze czy rozwojowi miast. A jednak po dziesięciu latach pracy, wiedziałam, że to jedyne wyjście, jeśli naprawdę chcę się rozwijać.

Skończyłam uczelnię artystyczną, a potem spędziłam dziesięć lat w medialnych korporacjach. Początkowo wydawało mi się, że to rozsądny wybór, potem coraz lepiej rozumiałam, że to nie jest miejsce dla mnie. To była przemyślana decyzja, nie działałam pod wpływem emocji. Ale nie była to także decyzja popularna. Wiele osób pukało się w czoło. Miałam renomę, stanowisko, świetnie zarabiałam, robiłam tzw. karierę.

Zakładając własną organizację, niemal bez kapitału, bez zaplecza czy jakichś wielkich znajomości, w dodatku działającą w obszarze kultury, zdecydowałam się na wielką zmianę w każdym aspekcie mojego życia. To był skok na głęboką wodę. Z niektórych konsekwencji tej decyzji pewnie nawet nie zdawałam sobie do końca sprawy, inne były bardzo pozytywne. Zmienił się znacząco mój status materialny, pozycja zawodowa. Przez pierwsze dwa lata pracowałam non stop. Dosłownie bez przerwy. Nie zdarzało mi się spędzić weekendu, czy wieczora bez komputera, nie jeździłam na wakacje. Wiele rzeczy robiłam sama, borykałam się z mnóstwem drobnych ograniczeń. W dodatku niemal w ogóle nie zarabiałam. Ale oczywiście to także czas dużej satysfakcji. Zaczęłam robić to, na czym naprawdę mi zależało, coś, na czym dobrze się znałam, nie musiałam realizować planów kogoś nade mną, z którymi się nie identyfikowałam, czułam, że wielu organizacjom pomagam swoją wiedzą. Od początku pracowaliśmy na rzecz wspierania projektów literackich, książkowych, współpracowałam z wydawcami. Pracowałam z pisarzami. W dużej mierze nasze pomysły i podejmowane działania wyznaczyły kierunek działań promocyjnych wydawnictw, pokazały, że kulturę można skutecznie promować. Jakiś czas potem zaczęły powstawać kolejne firmy, o podobnym do naszego profilu - część z nich na szczęście działa także profesjonalnie, o innych wolę nie wspominać. Go Culture powstało dzięki mojemu uporowi i pewnie jakiejś odwadze, ale przede wszystkim dzięki zdobytej wcześniej wiedzy - o tym jak na rzecz kultury działa się w Europie. Znałam podobne organizacje działające we Francji, Belgii, czy Wielkiej Brytanii. Jednocześnie od lat działam na rzecz edukacji kulturalnej, jestem częścią tego środowiska, rozumiem czego mu potrzeba i jak budować relacje, które je wzmacniają. W pewnym momencie wszystko to zaczęło procentować.

 

Jakie najciekawsze przedsięwzięcia kulturalne w ramach działalności agencji udało Ci się do tej pory osiągnąć?

 

Pięć lat działania Go Culture, trzy lata fundacji „Kultura nie boli“, która organizuje Big Book Festival, dwa lata prowadzenia wydawnictwa. W tym czasie poznałam dziesiątki ciekawych ludzi, przeczytałam tysiące książek. Pracowaliśmy na rzecz ważnych festiwali, organizowaliśmy, wpieraliśmy przedsięwzięcia filmowe, promowaliśmy utalentowanych artystów, zrealizowaliśmy kilka ciekawych kampanii edukacyjnych, wymyśliłam i przez dwa lata prowadziłam klub dyskusyjny „Przystawka z kultury“. W naszym niewielkim mokotowskim biurze gościli Julia Hartwig, Władysław Bartoszewski, Katarzyna Herbert, Adam Zagajewski, Władysław Kozakiewicz. Poznałam rodzinę Jarosława Iwaszkiewicza, piłam kawę z Karlem Ove Knausgardem i trzymałam w ręku rękopisy najważniejszych pisarzy dwudziestego wieku. Zostałam wydawcą, robiłam film o Łodzi z Borysem Lankoszem, pisałam scenariusze i reprezentowałam polskie środowiska kulturalne w Brukseli. Mamy z czego się cieszyć. Mamy z czego być dumni.

 

Części projektów, w tym np. Big Book Festiwalowi udało się uzyskać dofinansowanie z programu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Czy możemy zatem śmiało powiedzieć, że państwo polskie pomaga w propagowaniu literatury i promocji czytelnictwa? Czy łatwo – z Pani punktu widzenia – uzyskać podobne dofinansowanie ze środków publicznych?

 

Jak każdy system i ten ma swoje mocne i słabe strony. Festiwal jak nasz, który jest wydarzeniem niekomercyjnym, bez wpływów z biletów i pieniędzy sponsorskich, a jednocześnie ma ambicje realizować cele publicznie pożyteczne, działać kulturotwórczo jest w pewnym sensie „skazany na finansowanie publiczne“. Taka jest też rola Narodowego Programu na rzecz rozwoju czytelnictwa. A jednak, nie mamy żadnej gwarancji otrzymywania co roku środków na jego organizację. Bierzemy, jak wiele innych organizacji, udział w konkursach grantowych, opisujemy nasze pomysły i czekamy na werdykt.

Na pewno łatwiej jest otrzymać finansowanie na projekt, który już ma renomę, jest pozytywnie oceniany. A jednak, jeśli mówimy także o słabych stronach systemu – musimy brać pod uwagę, że pieniądze publiczne służą także realizacji pewnej polityki. I najgorzej, jeśli nagle okazuje się, że projekt jak nasz celów tej polityki nie spełnia, czy do nich nie pasuje. Staramy się dywersyfikować źródła finansowania, żeby zaoszczędzić sobie stresu z corocznym oczekiwaniem, a przede wszystkim, żeby móc rozwijać festiwal, żeby organizować go coraz bardziej profesjonalnie i zapewniać sobie stabilność działania.

 

Czy przy okazji realizacji różnych wydarzeń literackich udaje Ci się realizować także swoje cele i osobiste projekty? Np. spotkanie z pisarzami, które poza festiwalem nie byłyby łatwe do zrealizowania?

 

Kiedyś myślałam sobie, że najlepsze, co mogłoby mnie w życiu zawodowym spotkać, to gdyby moja praca mogła polegać na czytaniu książek. Długo traktowałam to jak anegdotę, czy „marzenie ściętej głowy“. A teraz widzę, że to się udało. Na tym właśnie polega dziś moje zawodowe życie - czytam i przekonuję na różne sposoby innych do tego samego. Książki były dla mnie zawsze bardzo ważne – spełniały różne funkcje w moim życiu – ratowały w trudnych momentach, pozwalały na małe ucieczki, pocieszały, inspirowały, uczyły wrażliwości, rozwijały wyobraźnię. Nie wyobrażam sobie, że można nie czytać. Należę do tych osób, które czytają spontanicznie, kompulsywnie, w każdym okolicznościach – mogę zarwać noc, czytać na stojąco. Czytałam pod ławką w szkole, z latarką w łóżku, na dworcach i lotniskach. A bohaterów książek nieraz traktowałam jak „prawdziwych“, dobrych znajomych. Uwielbiam odkrywać połączenia pomiędzy pisarzami, a ich książkami, postaciami, które ożywiają. Uważam, że każdy pisarz pisze w dużej mierze o sobie – czytanie książek pozwala więc poznać ich lepiej. A to, że dzięki festiwalowi można jeszcze tych pisarzy poznać, to dodatkowa nagroda.

 

Big Book Festival, którego jesteś dyrektorem, to potężne przedsięwzięcie literackie, bardzo medialne, o niezwykle szerokim zasięgu. Ostatnia edycja skupiła ponad 150 gości i niezliczoną ilość spotkań okołoliterackich w rozmaitych miejscach rozrzuconych po całej mapie Warszawy. Jak udaje Ci się koordynować te wszystkie spotkania i rokrocznie dopinać festiwal na ostatni guzik z takim sukcesem?

 

Pierwsza edycja festiwalu odbyła się w roku 2013. W tej chwili pracujemy nad trzecią, która zaplanowana jest na czerwiec 2015 roku. Przygotowanie festiwalu zajmuje nam okrągły rok. Jeszcze nie zdążymy odetchnąć, już trzeba pracować nad kolejnym. Teraz, na pół roku przed wydarzeniem, mamy gotowy program, zaproszonych i potwierdzonych gości, jesteśmy po rozmowach z większością naszych partnerów. Najtrudniej było oczywiście na początku – pomysł organizowania festiwalu literackiego w Warszawie miałam od 2010 czy 2011 roku. Przez dwa lata próbowałam przekonywać różne instytucje do tego pomysłu. Pomysł współpracy odrzuciła wówczas i Biblioteka Narodowa, NCK i Agora. Nie dostaliśmy pieniędzy z Ministerstwa Kultury. Ale ja się naprawdę uparłam i nie rezygnowałam w obliczu tych wszystkich rozczarowań. Wiedziałam, że festiwal literacki w Warszawie jest potrzebny, że jest naprawdę dobry czas, że wokół książek i czytania dzieje się coraz więcej dobrego. W końcu się udało – w 2012 roku zaufało nam najpierw Biuro Kultury, w kolejnym roku Ministerstwo Kultury. Pierwsza edycja festiwalu udała się znakomicie, to był naprawdę ogromny sukces. Do współpracy włączyło się wówczas kilkudziesięciu partnerów, a Ci, którzy początkowo nie wierzyli w siłę tego przedsięwzięcia dziś także z nami współpracują.

Nie chcę jednak uprawiać pustej propagandy sukcesu. Zorganizowanie pierwszej edycji festiwalu kosztowało nas bardzo dużo wysiłku. Działaliśmy w ogromnym pośpiechu, na granicy wytrzymałości. Adrenalina była ogromna, a praca nigdy się nie kończyła. Po festiwalu byłam w kiepskim stanie i fizycznie i psychicznie. Kiedy zeszło napięcie, okazało się, że organizm zwyczajnie miał dość. Potrzebowałam kilka miesięcy, żeby odzyskać równowagę. To był za duży wysiłek dla zbyt małego zespołu. Środki, jakimi dysponowaliśmy były niezwykle skromne i gdyby nie życzliwość wielu osób i to, że udało nam się ich zapalić do tego pomysłu – nie udałoby się. Dziś jestem ostrożniejsza i w planowaniu i w ocenie własnych możliwości – nadal mam bardzo dużo pomysłów, ale staram się lepiej rozkładać siły. Chciałabym ten festiwal rozwijać i kochać go przez długie lata.

 

Prowadzenie agencji, bycie dyrektorem rozmaitych eventów literackich, w tym Big Book Festivalu to nie jedyne Twoje aktywności. Razem z Pauliną Wilk prowadzisz także Oficynę Wydawniczą Wilk&Król. Jakie książki udało Wam się dotychczas wydać i jakie są Wasze najbliższe plany wydawnicze?

 

Zaczęłyśmy od książek dla dzieci. Właściwie Oficyna powstała z powodu jednej, konkretnej książki dla dzieci. W 2011 roku wymyśliłyśmy z Pauliną postać misia Kazimierza – późniejszego bohatera serii książek napisanych przez Paulinę, a wydanych przez nasze wydawnictwo. To była taka zabawa w powroty do dzieciństwa, a jednocześnie ożywianie dziecięcych części, które w każdym z nas gdzieś drzemią. Miś stawał się coraz bardziej realnym bohaterem. Kiedy pierwsza książka była gotowa, a rozmowy z kilkoma wydawcami przekonały nas, ze nikt nie rozumie tego pomysłu tak dobrze jak my, zaproponowałam, żebyśmy wydały książkę same. Tak powstała Oficyna Wilk& Król. Pierwsza książka to był eksperyment. Wyszedł nam znakomicie, ale popełniłyśmy także wiele błędów. Z wielu spraw nie zdawałyśmy sobie sprawy. Nie znałyśmy pułapek wydawniczego rynku. Przeinwestowałyśmy, byłyśmy zbyt dużymi optymistkami. Potem sprawy zaczęły się profesjonalizować, coraz więcej wiedziałyśmy, powstały kolejne dwie części doskonale przyjętych „Przygód misia Kazimierza“, potem kolejne trzy tytuły dla dorosłych. Mam jasno określoną wizję tego, co chcemy wydawać – to nie jest literatura najbardziej popularna, nie zawsze bardzo łatwa. Lubię klimat retro – zarówno w znaczeniu estetycznym jak i światopoglądowym – wydajemy więc książki z nieco niedzisiejszą starannością. Nie mamy ambicji ilościowych i wielkonakładowych. Na przyszły rok zaplanowałyśmy wydanie kolejnych tytułów dla dorosłych, będą także dwie nowe książki dla dzieci. Wydawnictwo działa pod hasłem „Wydajemy, bo to lubimy“, i dosłownie oddaje mój sposób myślenia i działania.

 

Wiem też, że od jakiegoś czasu zajmuje Cię twórczość i życie Jarosława Iwaszkiewicza. Jesteś także autorką i redaktorką książki „Spotkać Iwaszkiewicza. Nie-biografia”. Mogłabyś powiedzieć coś o tej fascynacji, dlaczego akurat Iwaszkiewicz? Co jest takiego w jego postaci, co tak bardzo ujęło Cię i zajęło na długi czas?

 

Najpierw było zaciekawienie. Lubię sposób pisania Iwaszkiewicza, jego wrażliwość i sposób opowiadania o świecie jest mi bliski. To w gruncie rzeczy bardzo współczesny pisarz. Dzięki temu, że jego pisarstwo nie uległo modom stylistycznym ani międzywojnia, ani socrealizmu, nie eksperymentował za bardzo z językiem czy formą – nie zestarzało się i nadal jest dobrą, mięsistą i wyrazistą literaturą. No i sam Iwaszkiewicz jest postacią fascynującą. Należy do pokolenia, którego dziś już nie ma. A jednocześnie wciąż żyją ludzie z jego najbliższego otoczenia, dzięki którym można zrozumieć i poczuć bardzo namacalnie tamten, miniony świat. Nie wiem jak to się dzieje, że jeden człowiek fascynuje nas bardziej niż inny. Na pewno w przypadku Iwaszkiewicza moje zaciekawienie rosło, nadal rośnie wprost proporcjonalnie do tego jak dużo wiem, rozumiem. Nigdy bardziej niż teraz, kiedy znam dość dobrze wiele intymnych szczegółów jego życia, jego literatura nie była bardziej czytelna i bardziej oddziałująca. On przetwarzał na literaturę niemal każde wydarzenie z własnego życia. I to na doskonałą literaturę. Pisząc o nim siłą rzeczy wybieram tylko fragmenty, elementy, które nie budują całego, pełnego portretu Iwaszkiewicza. Choć paradoksalnie, żeby móc je wybrać musiałam najpierw dość dobrze zobaczyć i zrozumieć „całość“.

 

Wiem, że piszesz drugą książkę związaną z Iwaszkiewiczem. Czy mogłabyś zdradzić, czego będzie dotyczyła i jak wygląda Twoja dotychczasowa praca nad nią?

 

Druga książka o Iwaszkiewiczu, właściwie była pierwsza;) Zaczęłam nad nią pracować ponad dwa lata temu. Początkowo planowałam niewielki reportaż. Szybko okazało się, że to, co mnie naprawdę interesuje wymaga lepszego zrozumienia, zbadania, przemyślenia. I, że to nie będzie niewielki reportaż. Praca nad tą książką trwa już ponad dwa lata. Iwaszkiewicz interesował mnie od dawna, a jednak takim bezpośrednim impulsem były spotkania z ludźmi, którzy się nim zajmują, co miało miejsce przed pierwszą edycją Big Book Festivalu. Najpierw odrobiłam lekcje i przeczytałam wszystko co się da, niektóre rzeczy po raz kolejny, inne właściwie dopiero wtedy odkryłam. Czytałam w kółko dzienniki, niektóre fragmenty znam niemal na pamięć. W sierpniu 2013 roku zaczęłam jeździć na Stawisko, czytać materiały zebrane w archiwum pisarza. Spędzałam z rzeczami Iwaszkiewicza jeden dzień, w każdym tygodniu przez ponad rok. W międzyczasie zorganizowałam drugą edycję festiwalu, której Iwaszkiewicz był jednym z głównych bohaterów. W tym czasie powstała też książka „Spotkać Iwaszkiewicza. Nie-biografia“ – z wywiadami z rodziną Iwaszkiewicza, korespondencją i szkicami krytyków. W sierpniu tego roku, po zakończeniu festiwalu wróciłam do tematu, od którego wszystko się zaczęło. Zaczęłam porządkować notatki i pisane na bieżąco niewielkie fragmenty. Odwiedziłam miejsca, w których bywał, w których odpoczywał, pisał. Aż wreszcie wyjechałam na parę tygodni do Sandomierza, do miejsca, w którym lubił pracować również Iwaszkiewicz. Tam powstała większa część książki pod roboczym tytułem „Nie ma Iwaszkiewicza“. To biograficzna opowieść, w której w bardzo osobisty sposób piszę o tematach, które były ważne w życiu pisarza, ale dotyczą nas wszystkich, dotyczą mnie – starości, zawiedzionych przyjaźniach, odchodzeniu najbliższych, miłości, rozliczaniu się ze swoimi nadziejami, planami itd. Opisuję przedmioty, których używał, analizuję relacje, wyobrażam sobie jego świat. Mam nadzieję, że książka ukaże się w 2015 roku. To temat jeszcze wciąż otwarty.

 

Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów w propagowaniu literatury i kultury oraz powodzenia przy pisaniu książki!

 

Bardzo dziękuję.

 

 

Anna Król - pomysłodawczyni i dyrektor Big Book Festival, założycielka Fundacji "Kultura nie boli", menedżer i promotor kultury, krytyk sztuki, wydawca i redaktor. Założycielka pierwszej w Polsce niepublicznej instytucji zajmującej się promocją i komunikacją przedsięwzięć kulturalnych i artystycznych. Działa na rzecz wspierania projektów edukacji kulturalnej, w szczególności literackiej.

 

Wywiad przeprowadziła:

Karolina Kunda-Kuwieckij

 

 

 

 

Kontakt

mail: prus@prus24.pl

telefon: (22) 826-18-35

Copyright © 2001-2018 Główna Księgarnia Naukowa im. B. Prusa. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Home   /   Informacje   /   Kontakt
Projekt i realizacja:
MDA.pl