Wpisz informacje, które znasz

zamknij

Kulturalne wywiady

 

KULTURALNE WYWIADY,

czyli rozmowy z artystami, twórcami kultury, literaturoznawcami.

Ludźmi, którzy swoją pasją inspirują innych...

 

 

Projekt zrealizowany przez Stowarzyszenie im. B. Prusa oraz Główną  Księgarnię Naukową im. B. Prusa

dzięki wsparciu Stowarzyszenia Autorów ZAiKS

 

 

O muzyce, sztuce tworzenia

i codzienności artysty...

                                 Wywiad z Miłoszem Bembinowem

 

 

Komponujesz, dyrygujesz, grasz na różnych instrumentach, uczysz na uczelni. Kim tak naprawdę jesteś?

 

Pamiętam jak wybierałem kierunek studiów i do tej pory mam wątpliwości, czy dobrze wybrałem, bo właściwie chciałem być informatykiem czy realizatorem dźwięku. Mój nauczyciel fortepianu w szkole średniej natchnął mnie na wybór kierunków: kompozycja i dyrygentura. Rok po maturze bardzo ciężko mi było określić się czy bardziej chciałbym dyrygować czy komponować... Robiłem jedno z drugim i to szło w parze.

Natomiast w ostatnich latach bardziej zajmuję się twórczością ze względu na duże zainteresowanie moją muzyką. Jednak mam nadzieję, że nie powiedziałem ostatniego słowa w innych dziedzinach muzyki.

 

Uniwersytet Muzyczny. Kompozytor muzyki chóralnej. To brzmi dumnie, ale też bardzo szufladkuje Ciebie jako Twórcę. W jakim stylu piszesz?

 

Zamówienia, które otrzymuję na moją muzykę oscylują w podobnym klimacie. Tak naprawdę odnoszę wrażenie, że wciąż piszę ten sam utwór. Bardzo brakuje mi muzyki rozrywkowej i stawiam sobie takie postanowienie noworoczne (śmiech), żeby jednak powrócić do piosenek. Nie mogę ciągle tkwić w „poważnych klimatach”.

Prawdą jest to, że ludzie patrzący z zewnątrz na studentów Uniwersytetu Muzycznego, ograniczają nasz świat do okresu między Mozartem a Pendereckim. To jest częste zjawisko, chociaż mnie raczej nie spotkało to zaszufladkowanie. Osobiście, interesuję się przeróżną muzyką i tego samego wymagam od swoich studentów. Słuchania innych stylów muzycznych niż te, które robimy na zajęciach. Nie wyobrażam sobie, abym był zamknięty tylko w muzyce klasycznej. Czasem zdarza mi się mieć odskocznię w postaci teatru czy filmu, ale mam potrzebę dotykania muzyki tak zwanej „rozrywkowej”.

 

To czego słucha Bembinow?

 

Oj, nie wiem, czy mogę powiedzieć czego słucha Bembinow. Jeśli wywiad przeczytają moi studenci to nie wiem, jaki to będzie miało wydźwięk (śmiech). Prawie w ogóle nie słucham muzyki chóralnej, rzadko słucham muzyki symfonicznej. To jest problematyczne, bo tak naprawdę muzyk mało ma okazji do słuchania muzyki. Kiedy komponuję nie mam możliwości włączenia sobie w tle radia. Nie jestem takim Napoleonem, żeby słuchać sobie Radia Zet i równocześnie pisać swoje symfonie. Ale jeśli już sobie coś włączam to są to zróżnicowane gatunki. Od muzyki jazzowej, klasycznej, Torri Amos, poprzez muzykę świata, np. moja ulubiona płyta Jana Garbarka i Agnes Buen Garnås z folkiem norweskim ubranym przez Garbarka w najróżniejsze loopy, improwizacje saksofonowe. W samochodzie wożę też płyty Michaela Jacksona, Rage Against The Machine, Andrzeja Smolika… To, że w samochodzie, to nie znaczy, że źle. Tylko wtedy mam czas na słuchanie muzyki (śmiech). Na półkach mam też płyty heavy metalowe, z muzyką disco, klubową, r’n’b czy nawet drum’n’base... Ciężko jest mi powiedzieć, co dominuje.

 

To różnorodnie, ale czy jest ktoś ze świata POP, kto znacząco wpłynął na Ciebie, na Twoją twórczość?

 

Ponieważ jestem akademikiem, to podejmę dyskusję akademicką. Swoim studentom zawsze zadaję pytanie o to gdzie tak naprawdę przebiega granica między muzyką „poważną” a tą „popularną”? Czy „Polka”, „Marsz Radecki” Jana Straussa jest bardziej muzyką poważną czy rozrywkową? To, że te utwory są grane przez orkiestrę symfoniczną, nie czynią z niej muzyki poważnej. A fakt, że na krążku Pink Floydów pojawia się wokal, nieoperowy, syntezatory czy gitary elektryczne, nie czyni z płyty „The Wall” muzyki stricte rozrywkowej. To nie jest muzyka, przy której ludzie tańczą w dyskotece. To muzyka, która służy wyrażaniu poważnych, głębokich emocji. Ciężko jest to sklasyfikować.

Ale gdybym miał wskazać zespół, który miał wpływ na moją twórczość to na pewno właśnie Pink Floyd swą „Dark Side of the Moon”, „The Wall”. Pink Floyd to dla mnie już klasyka muzyki. Wrócę też do Garbarka, który może nie był puszczany w Radiu ZET, ale był dość popularny. Jego mariaż z The Hilliard Ensemble to była zupełnie nowa jakość. Potraktowanie muzyki renesansowej, średniowiecznej z saksofonem, który powstał niecałe 200 lat temu? Ta świeżość wpłynęła na moje podejście do własnych kompozycji chóralnych. O! Marcus Miller i jego wielominutowa suita „Come Together” Beatelsów. Generalnie, nie lubię jak jazzmani przerabiają popowe piosenki, bo później trudno poznać tę piosenkę. Ale Miller jest na granicy, w dobrym tego słowa znaczeniu, i zrobił to z dużym smakiem.

Kolejna rzecz, która przewartościowała moją estetykę to był cały nurt Trip Hop, Acid Jazz, czerpiący z różnych kultur. Mogę też dołączyć do tego twórczość Andrzeja Smolika.

Ale raczej nie było nagłego zwrotu akcji. U mnie nie ma takich odkryć: „Kurde! WOW! Big Boom!”. To zawsze jest proces.

 

Czego słuchał nastoletni Bembinow? W okresie buntu.

 

W okresie buntu słuchałem polskich kapel punkowych. Nosiłem glany i włosy sięgające za ramiona (śmiech). Ale to już odeszło… razem z włosami (śmiech).

 

Podkochiwałeś się w gwiazdach polskiej sceny muzycznej?

 

Nie, zupełnie nie.

 

Nie? Małgosia Ostrowska, z pazurem..

 

Bardzo lubiłem słuchać piosenek Lombardu, ale nie. Nigdy nie miałem fascynacji kobietami z plakatów, za które dałbym się pokroić… nie. Nie miałem tak.

 

I serce nie zabiłoby mocniej, gdybyś spotkał jakąś ówczesną divę?

 

A zabiłoby, ale to bardziej z powodów muzycznych, niż… Powiem tak. Miałem w życiu kilka okazji porozmawiać, w sposób przyjazny i prywatny, z osobami, które rzadko się spotyka. Ludzi z ówczesnego POP. I były to bardzo inspirujące spotkania.

 

Na przykład z kim?

 

Na przykład z Jackiem Cyganem. Jest autorem chyba tysiąca tekstów, co najmniej kilkadziesiąt jego utworów znajduje się w absolutnym obiegu, nie ma wesela gdzie nie tańczono by do jego piosenek. A to zupełnie normalny, spokojny człowiek. Podobnie, na przykład znany ze swoich kultowych tekstów, Kuba Sienkiewicz z Elektrycznych Gitar czy Andrzej Smolik, którego cenię jako kompozytora, aranżera. Notabene, Andrzej jest moim wujkiem, ale nie dlatego go cenię (śmiech).

 

Czy jesteś znaną, rozpoznawalną osobą?

 

Trudno powiedzieć. Na pewno jest znana moja muzyka chóralna i mam głęboką świadomość, że ludzie znają te utwory. W świecie polskiej chóralistyki nie spodziewam się, żeby jakiś znaczący chór nie znał moich utworów. Dzięki wydawnictwu zagranicznemu moja muzyka jest też rozpoznawalna poza Polską i to idzie dalej. W świat.

 

A w kontekście muzyki popularnej?

 

Kompozytor muzyki poważnej raczej nie wykonuje swoich utworów. W POPie kapela pisze dla siebie i wykonuje swoje kawałki, oni są na scenie i oni są rozpoznawalni. Wykonawców śpiewających np. covery czy nie swoje utwory jest stosunkowo niewielu i to były dawniejsze czasy np. Maryla Rodowicz nie napisała, o ile mi wiadomo, ani jednej swojej piosenki. Podobnie Andrzej Zaucha. Mówimy: piosenki Andrzeja Zauchy, a to były piosenki Z REPERTUARU Andrzeja Zauchy. My nie znamy sztabu autorów, którzy tworzyli muzykę czy teksty.

Na pewno jest tak, że moja muzyka jest znana, natomiast ja jako osoba… z całą pewnością nie. Ma to swoje plusy i minusy.

Czasem śmiesznie się gdzieś pojawiać, gdzie ludzie nie wiedzą, że ja to ja, śpiewają mój utwór, mówią o mnie w trzeciej osobie, w mojej obecności. Jest to zabawne. Ale widać taki świat kompozytora. W potocznym obiegu ludzie kojarzą, że kompozytor to jest np. Mozart czy Chopin, a niekoniecznie człowiek, który stoi obok w kolejce do kasy w sklepie.

 

No właśnie. Dlaczego nie ma Cię na Pudelku?

 

Bo nie udzielam się w takim życiu… rzadko się gdzieś pojawiam, bo raczej moja muzyka jest obecna niż ja osobiście. I zdecydowanie nie mam potrzeby tego zmieniać. Nie mam potrzeby kreować się na jakiegoś celebrytę.

 

Pierwszym skojarzeniem do rzeczownika „kompozytor” jest postać napuszonego pana, we fraku, w meloniku, który nie je, nie pije, nie robi zakupów, nie sprząta…

 

Nie no, sprząta... Ja sprzątam. Przed sobą, za sobą i po sobie (śmiech).

 

A jak wygląda dzień z życia kompozytora?

 

Myślę, że poza tym, że mam czasem za zadanie tworzyć muzykę, to oczywiście pracuję na uczelni, od czasów liceum udzielam się w organizacjach. Pełniąc różne funkcje. Mam potrzebę działania. Natomiast moje życie nie różni się szczególnie niczym od życia innych. Trzeba zjeść, trzeba się ubrać…

 

O której wstajesz?

 

Teraz to wcześnie.. (śmiech). Ja nie miałem nigdy sytuacji, że spałem do 14:00. Pracuję w nocy. Dlatego, że potrzebuję mieć ciszę, spokój i atmosferę koncentracji. Noc sprzyja temu. Bezwzględnie. Natomiast nawet, jeśli siedzę do 4:00, wstaję o 8:00.

 

Śniadanko, szybki prysznic.. i co dalej?

 

Siadam do komponowania.

 

Ośmiogodzinny dzień pracy? Trzy godzinki, obiad, trzy godzinki…?

 

Nie, nie. Proces pisania zaczyna się od pomysłów, które zbieram w głowie i jak już siadam do napisania nut, to staram się mieć maksymalnie pozbierane pomysły i w jak najkrótszym czasie przelać to z siebie na papier. Przy pomocy komputera, służącego jako maszyna do pisania. To jest najtrudniejsza praca. Najbardziej denerwująca. Spisać to wszystko tak, żeby później wykonawcy odczytali moje zamysły, intencje. Bez didaskaliów.

 

Ile trwa praca nad utworem?

 

Od zera do nieskończoności.

 

Jesteś w stanie pisać przez 24 godziny? Bez przerwy?

 

Zdarzało się rzeczywiście, że kilka dni pod rząd śpię po parę godzin. I tylko minimalne przerwy na posiłki… posiłki muszą być lekkie (śmiech). Spacer, nawet w zimie, bo to jest konieczne. I wtedy rzeczywiście człowiek jest tylko w komponowaniu, nie ma skażonej myśli. Dla mnie bardzo ważne jest to, aby proces myślowy był bardzo spójny. Mam taką ideę fixe, aby wszystkie moje utwory były spójne. Szczególnie duże formy, kiedy utwór trwa więcej niż 15, 20 minut. Jak się słucha tej długości utworów, to słychać gdzie kompozytor miał przerwę. Oczywiście jestem złośliwy (śmiech).

W założeniu, u mnie w utworze ma nie być słychać gdzie była kolacja, a gdzie było coś innego. Jak już siadam to chcę komponować, aż do skutku. Taka praca jest bardzo obciążająca umysłowo.

 

Jaką część Twojej twórczości zajmuje muzyka chóralna?

 

No na pewno większość. Biorąc pod uwagę czas trwania utworów, to pewne 3/4.

 

Skąd zamiłowanie do chórów?

 

Prowadziłem chóry i było to dość naturalne. W wieku 16 lat dyrygowałem już chórami, więc dobrze znałem ten instrument. Pisanie na chór sprawiało mi przyjemność. Z jednej strony słuchałem sobie heavy metalu z drugiej pisałem motety na chór. Wszedłem w ten świat. Zżyłem się.

Zanim zdałem na studia, moje utwory były już nagrane na płytę. Płytę nominowaną do Fryderyka, więc moja twórczość od razu weszła w obieg. Później zaczęto mnie zapraszać na festiwale, zaczęto zamawiać u mnie muzykę. Zawsze też miałem w sobie żyłkę pragmatyzmu: może chciałbym napisać coś innego, ale skoro są ludzie chętni na kolejny utwór chóralny, to napiszę ten utwór. W tamtym czasie nie czułem się też wypłukany z pomysłów. Obecnie odmawiam. Odmawiam celowo. Uważam, że już sporo tą muzyką powiedziałem. Nie wykluczam powrotu, ale nie chcę też na siłę komponować.

 

A nad czym teraz pracujesz?

 

W tej chwili piszę takie niecodzienne zamówienie na akordeon solo. Utwór, który będzie miał premierę na wiosnę 2015 roku. Piszę to dla muzyka wszechstronnego, Klaudiusza Barana, który gra na akordeonie, ale nie tylko klasykę. Więc teraz siedzę i myślę: jak napisać na akordeon, żeby nie brzmiał jak akordeon.

 

O, to ciekawe…

 

(śmiech) Co pewnie nie jest możliwe.

 

Czasem dyrygujesz swoje utwory, a czasem nie. Co decyduje o tym, czy staniesz z batutą czy zasiądziesz na sali, w roli słuchacza?

 

Decyduje o tym zamówienie. Jeśli zamawiającym jest zespół z własnym dyrygentem, wtedy wiadomo, że raczej nie ja będę to robił. Natomiast, jeśli są to zamówienia festiwalowe, wtedy istnieje szansa, żebym poprowadził wykonawców. W takiej sytuacji mogę zrobić premierę od zera i absolutnie po swojemu.

Mam taką zasadę, której konsekwentnie się trzymam. Jeśli nie uczestniczę w wykonaniu czynnie, jako dyrygent, pianista, to się absolutnie nie wtrącam. Uważam, że to, co zapisałem w nutach ma być wystarczającą wskazówką dla artystów, co mają zrobić.

 

Wykonawcy nie zapraszają Cię na próby?

 

Zapraszają. I jeśli to jest wczesny etap pracy to gotów jestem przyjechać, poradzić. Kiedy moje uwagi mogą mieć głęboki sens. Natomiast, jeśli jest to moment tuż przed koncertem, nie wtrącam się. Nie ma to sensu. Zmiany wprowadzone chwilę przed wykonaniem są mylące i wprowadzające zamęt w utrwalony porządek.

 

Jakim jesteś dyrygentem? Pobłażliwym czy klnącym furiatem?

 

Nie, brzydkich słów raczej nie używam. Ale wymagam dyscypliny i atmosfery pracy.

 

Poza komponowaniem i dyrygowaniem uczysz studentów na warszawskim Uniwersytecie Muzycznym. Jesteś zajętym człowiekiem. Mógłbyś odrzucić tę dydaktyczną sferę. Więc, kim są dla Ciebie studenci?

 

Mam takie poczucie, i to co teraz powiem zabrzmi pewnie zarozumiale, że jeśli jest coś co mogę pozytywnego przekazać młodym ludziom, coś, czego inni im nie przekażą, to to robię. Obecnie uczę kompozytorów, uczę orkiestracji, mam wykłady ze współczesnych technik kompozytorskich. Ta praca ma wiele zalet. Jedną z nich jest fakt, że co roku poznaje się młodych, zazwyczaj fajnych ludzi. Uważam, że wnosi to wiele świeżej i pozytywnej energii do mojego życia. Czuję się zobligowany przez studentów do bycia na czasie względem np. trendów, mód.

Mankamentem pracy akademickiej jest biurokratyzacja uczelni wyższych w Polsce. Zabiera to czas i energię.

Jednak mam nadzieję, że wiedza jaką przekazuję studentom, czego ich uczę, dobre doświadczenia, to idzie dalej. Liczę na to. Bo inaczej ta robota nie miałaby sensu.

 

Mam też takie miłe doświadczenia, kiedy studenci, z którymi nie miałem aż tak bezpośredniego kontaktu, podchodzą do mnie i mówią: „Wie Pan co? Nie lubiłem chodzić na Pana przedmiot, ale właściwie był to jeden z nielicznych przedmiotów, na którym się czegoś nauczyłem, do tej pory coś pamiętam i ta wiedza przydaje się.” W sumie, to było dosyć miłe. (śmiech)

 

Kto przychodzi na Twoje koncerty? Masz Fan Klub?

 

Na pewno jest grupa ludzi, którzy lubią moją muzykę chóralną i są takie osoby, które jeżdżą do innych miast na koncerty. Jest także dużo młodych ludzi, którzy w fajny i autentyczny sposób odbierają moją muzykę (chóralną). I to jest wielka moja radość.

Jest też grono słuchaczy dojrzałych i świadomych. I mam nadzieję, że każda z tych grup znalazła jakiś wymiar w mojej muzyce, który do niej dociera. Uważam, że gdyby moje kompozycje nie były komunikatywne, publiczność nie przychodziłaby.

W tym roku było kilka koncertów poświęconych wyłącznie mojej twórczości. Część z nich odbyła się w Warszawie, w kościołach.. to ważny szczegół, bo w Warszawie ciężko jest zapełnić kościół, na dodatek w takie dni jak sobota wieczór, kiedy wiadomo, że bardzo dużo się dzieje. I był full. Był absolutny full. Było to bardzo budujące. Byłem pozytywnie zdziwiony, że przybyło tyle ludzi.

 

Dlaczego mówisz „pozytywnie zdziwiony”?

 

Ponieważ dzisiaj tego gatunku muzyki nie słucha się tak często. Było to dla mnie miłe. Wiemy, że w przypadku muzyki poważnej istnieją dwie kwestie, które są w stanie przyciągnąć publiczność: albo konkretny utwór, albo wykonawca.

W takim przypadku jak „Muzyka Chóralna Miłosza Bembinowa”, jeśli się okazuje, że jest tak duże zainteresowanie, to jest to dla mnie miłe.

 

Ale dlaczego mówisz, że nie słucha się muzyki poważnej, muzyki Bembinowa? Osobiście pamiętam jak na 2. roku studiów wykonywałam jeden z bardzo wielu programów dyplomowych studentów 5. roku i śpiewaliśmy Twój „Beatus vir...”. Zapadło mi to w pamięć, byłam zachwycona przestrzenią muzyczną jaką nadałeś temu renesansowemu utworowi, filmowy wręcz, wydźwięk. Osobiście uważam, że Twoja twórczość jest jak najbardziej dla ludzi niezwiązanych zawodowo, hobbistycznie z muzyką poważną. Skąd to zaskoczenie, że pojawia się tyle osób na widowni?

 

Zaskoczenie o tyle, że nie jest to muzyka klasyfikowana jako popularna. Nie jest grana w RMF FM.

 

Dlaczego ludzie nie chodzą na koncerty i skąd się bierze założenie nas artystów, że nie uda się zapełnić sali?

 

Z prostego powodu. Muzyka poważna kojarzy się z klasyką, czyli: Mozart, Beethoven, a hasło „muzyka współczesna” kojarzy się ludziom z czymś brzydkim, z czymś nieprzystępnym, z czymś awangardowym, trudnym w odbiorze. Często są to długie utwory o skomplikowanej formie, z licznymi dysonansami. Cały obszar mojej twórczości, a na pewno muzyki chóralnej, nie przystoi do tej kategorii muzyki współczesnej. To jest muzyka współczesna, bo powstała współcześnie. Natomiast jest ona osadzona w tradycji, ze świeżym spojrzeniem, ale jest przystępna dla słuchaczy. I temu dowodzi ilość wykonań… i Twoje pozytywne wspomnienia ze studiów również. (śmiech) Muzyka ma przemawiać. Jeśli nie przemawia, to jest to dla mnie zła muzyka.

 

To prawda. Muzyka powinna uderzać w ludzkie emocje.

 

Podobnie interpretacja. Oglądałem ostatnio program „SuperSTARcie” i jestem bardzo rozczarowany brakiem energii wśród wykonawców. Są to profesjonaliści, którzy może na co dzień reprezentują inne gatunki niż w programie, ale nie o to chodzi. Chodzi o energię. Jak wyszedł Tytus z Acid Drinkers i zaśpiewał „Ten zegar stary”, to przynajmniej zrobił to z energią. Zrobił to fatalnie, jeśli chodzi o Moniuszkę, ale przynajmniej była w tym energia. Niestety inne wykonania, które akurat oglądałem, były płaskie, trochę bez wyrazu.

 

Jakie książki czytasz?

 

A to ciekawe pytanie. Czytam kilka książek na raz. Teraz akurat czytam książki o francuskim modelu wychowywania dzieci (śmiech). Bardzo mi się podoba.

Lubię wracać do „Twierdzy” Antoine de Saint-Exupéry. Pewnie nie będę oryginalny jak powiem, że większość książek Paulo Coelho przeczytałem. Uważam, że jest coś w tym. Pewnie literaturoznawcy stwierdzą, że są to bajeczki, na pograniczu popkultury, ale wszystko jest teraz na pograniczu popkultury i nie uważam, żeby to było złe.

Czytałem też „Pod Mocnym Aniołem” Pilcha. To nie jest popkultura. Trochę napalony poszedłem na premierę filmu, ale nie podziałał na mnie jak książka. Wręcz odwrotnie, pierwsze kroki po zakończeniu seansu skierowałem, żeby napić się wódki (śmiech).

Ostatnio też sięgnąłem po „Stop Worrying and Start Living” Dale’a Carnegie. Bardzo dobrze mi to zrobiło. W amerykańskim stylu, ale bardzo budująca książka.

W temacie około muzycznym czytałem „Pianistkę” Elfriede Jelinek. Studium życia wciąż aktualne. Pewnie wiele z nas zna takie „pianistki”...

 

Z czego Bembinow miał dwóje w szkole?

 

Praktycznie ze wszystkiego, niestety. Nie jestem osobą, która lubi podporządkowywać się, iść, robić coś na komendę. Od dziecka byłem indywidualistą, nieszczególnie lubiłem liceum. Lubiłem popołudniową szkołę muzyczną, Elsnera. Głównie ze względu na kolegów, z którymi mam kontakt po dziś dzień. Na studiach też nie byłem wzorem pod względem frekwencji na zajęciach. Pamiętam takie zdarzenie z kolegą z roku, który również studiował kompozycję. Spotykamy się na korytarzu trzy godziny później niż jest ustalone według planu i pytam:

- Byłeś na akustyce?

- A Ty?

To mniej więcej odzwierciedla moje nastawienie do szkoły. Oceny były różne, ale na koniec spinałem się i zazwyczaj kończyłem z dobrymi lub bardzo dobrymi stopniami.

 

I na zakończenie, modna zabawa. Nie z pogranicza popkultury, ale żywcem wzięta z tabloidowej kultury (śmiech). Zabawa w skojarzenia. Mówię fragment zdania, Ty je kończysz.

 

(śmiech) Pomidor. No dobra.

 

Inspiracja…

 

Energia.

 

Muzyka…

 

Ekspresja.

 

Nie mogę żyć bez…

 

pomidor … (śmiech)

 

Jeśli kultura to…?

 

Na wysokim poziomie.

 

Jeśli pytania to…?

 

To pytania sensowne.

 

Gdy jestem wściekły?

 

To przeklinam.

 

Zawsze śmieję się z…?

 

(śmiech) Śmieję się z celnych dowcipów, które wynikają z kontekstu i które są rzucane ad hoc! przez inteligentnych ludzi. To mnie najbardziej bawi.

 

Coś, co zawsze chciałem zrobić, ale nie starczyło mi czasu, odwagi…?

 

Nigdy nie starczyło mi odwagi, żeby skoczyć na bungee z mostu. Teraz się waham czy tego nie zrobić. Jednak to nie jest w 100% bezpieczne.

 

Nigdy nie zrezygnuję z …?

 

Z muzyki. Banalne, ale nigdy nie zrezygnuję z muzyki.

 

 

Miłosz Bembinow – polski dyrygent i kompozytor, laureat wielu konkursów kompozytorskich. Jego dorobek obejmuje zarówno utwory solowe, kameralne, chóralne, orkiestrowe i oratoryjne, jak i muzykę rozrywkową.

 

Wywiad przeprowadziła:

Anna Stokalska

Kontakt

mail: prus@prus24.pl

telefon: (22) 826-18-35

Copyright © 2001-2018 Główna Księgarnia Naukowa im. B. Prusa. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Home   /   Informacje   /   Kontakt
Projekt i realizacja:
MDA.pl