Ember, czyli człowiek po węgiersku

Marai_dziennik_I

Wydawałoby się, że wszystko co węgierskie jest nam, Polakom, bliskie. W końcu Polak Węgier dwa bratanki i do szabli i do szklanki. Okazuje się jednak, że w przypadku literatury jest z tym odrobinę inaczej.

Co roku całe zastępy autorów z Francji, Anglii, Niemiec, Hiszpanii czy USA szturmują nasze księgarnie. Do tego można dorzucić w ramach szerszych obszarów geograficznych Amerykę Południową, żeby wspomnieć tylko o Mario Vargasie Llosie czy Aurze Xilonen, której debiutancki Jankeski fighter jest zapowiadany jako jedno z najciekawszych wydarzeń literackich tegorocznego lata, oraz obszar byłego ZSRR, ewentualnie carskiej Rosji. Dostojewski, Tołstoj, Akunin, Prilepin. Długo by wybierać. Jak nie klasyka, to nowości. Jak nie powieść, to esej albo reportaż.

Ziemia_ziemiaZ innymi obszarami jest trudniej. Literatura włoska, kojarzona przede wszystkim z Dante Alighierim, walkę o swoje miejsce podejmuje u nas stosunkowo rzadko. W ciągu ostatniego roku rękawicę podjęli m.in. Bassani, Manganelli i Magris. Autorzy niełatwi do czytania, a przez to mało znani. Pewne miejsce na naszych półkach zdają się mieć Czesi. Hrabal, Kundera, albo popularny w ostatnich latach Ota Pavel. Inni mają jeszcze gorzej. Greków, zapomnijmy o czasach starożytnych, kojarzymy chyba jedynie z Nikosem Kazantzakisem i jego Grekiem Zorbą. Przeokrutnie mało.

Podobnie dzieje się w przypadku Węgier – choć to z racji na związki z Polską powinno nas trochę dziwić. Tymczasem polski czytelnik, nawet ten wyrastający ponad średnią krajową, kojarzyć będzie zapewne jedynie dwóch autorów. Ale za to jakich!

Ostatnia_gospodaSandor MaraiImre Kertesz. Jeden urodzony w 1900 roku, drugi w 1929. Dwa pokolenia, które ukształtowało jedno wspólne doświadczenie – wojna. O wiele bardziej widoczne jest to w twórczości Kertesza, który już jako 15-latek trafił do obozów w Auschwitz i Buchenwaldzie. Spędzony w nich rok stał się podstawą do powstania jego bodaj największego dzieła – Losu utraconego, książki niezwykłej pod każdym względem.

Prosta, poruszająca, przerażająca. „I na darmo wszystkie przemyślenia, zrozumienie, trzeźwy rozsądek, i tak nie mogłem opacznie zrozumieć jakby wstydzących się swej niedorzeczności, a jednak wciąż uparcie powracających słów skrytego pragnienia: chciałoby mi się jeszcze trochę pożyć w tym pięknym obozie koncentracyjnym”.

SiostraUmiejętność opowiadania o tym co niewyobrażalne bez patosu, zupełnie tak, jakby wspominało się wycieczkę szkolną, wybija się u Kertesza od początku, od scen pokazujących pożegnanie z ojcem, po sam koniec, kiedy „szukam największej wygody, na jaką pozwalają mi moje rany i łóżko, naciągam kołdrę na uszy i już przychodzi beztroski sen: nie, niczego więcej nie mogę sobie życzyć, nic więcej w obozie koncentracyjnym, rozumiałem, nie osiągnę”.

Wszystko to wraca w kolejnych dziełach węgierskiego noblisty – w Fiasku, Kadyszu za nienarodzone dziecko czy w końcu w wydanej stosunkowo niedawno Ostatniej gospodzie, dzienniku z lat 2001-2009, gdzie raz stwierdza, że „wszędzie zabieramy z sobą nasze życie. Kierując łodzią do kresu. Mierząc miarą śmierci wagę wszystkich rzeczy”, aby po chwili, tak po prostu wyznać: „W moim małżeństwie – naturalnie – znowu zgoda, ponieważ mam cudowną żonę”.

Marai_dziennik_IIMarai w swojej twórczości nie sięgał tak często po opowieści o doświadczeniach granicznych. Jego bohaterom daleko do piekła na ziemi Kertesza. Muszą jednak mierzyć się z własnymi słabościami, jak w Żarze, czy z końcem znanego im świata, jak w Obcym, trzecim tomie o losach rodziny Gerrenów. Różnicę w postrzeganiu świata pomiędzy oboma pisarzami doskonale widać na przykładzie ich dzienników. Ostatnia gospoda sprawia wrażenie ciężkiej, wręcz depresyjnej wędrówki. Z kolei wydawane właśnie u nas Dzienniki Maraia, na razie ukazały się dwa tomy (1943-1948 i 1949-1956) zdają się być dowodem na to, jak człowiek w trudnym dla siebie czasie potrafi walczyć z poczuciem beznadziei. Drobne wzmianki Maraiego o tym co czyta, co pisze, gdzie był pokazują człowieka, który przede wszystkim chce żyć.

W niedzielę po południu spaceruję po Fort Tryon Park, ponad rzeką Hudson. Tu Nowy Jork jest niemal ładny; czuję w nim specyficzną, niepodobną do niczego, wielką siłę i wiele rezygnacji. Nie mógłbym się tu zadomowić, ale życie tu nie jest złe”.

I choć życie ich obu zakończyło się w różny sposób, Kertesz zmarł śmiercią naturalną w marcu ubiegłego roku, Marai w 1989 roku popełnił samobójstwo, to jednak na kartach swoich dzieł byli zgodni – wola przetrwania człowieka nie ma sobie równych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Required fields are marked *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>