Efekt motyla. Dlaczego czytamy to, co czytamy

Pessoa_2

Mark Twain zwykł mawiać, że przypadek, to nazwisko największego wynalazcy, zaś Voltair był zdania, że pojęcie przypadku nie ma sensu, gdyż wszystko ma swoje przyczyny. Faktem jednak pozostaje, że niekiedy wydarzenia pozornie bez znaczenia znacząco wpływają na nasze życie – nie inaczej jest z doborem książek.

Portugalski pisarz, poeta i filozof, Fernando Pessoa, w urzekającej Księdze niepokoju, być może jednej z najoryginalniejszych książek XX wieku, pisał, „że nikt tak naprawdę nie dopuszcza możliwości rzeczywistego istnienia drugiej osoby. Może zaakceptować fakt, że ta osoba żyje, że czuje i myśli tak jak on, jednak zawsze będzie między nimi pewna nieokreślona różnica, zmaterializowana przewaga. Istnieją postaci z przeszłości i postaci ożywiane przez literaturę, które są dla nas bardziej rzeczywiste niż te ucieleśnione obojętności, które mówią coś do nas zza lady, zerkają na nas w tramwaju lub ocierają się o nas na martwej przypadkowości ulicy. Inni ludzie są dla nas zaledwie tłem – przeważnie niedostrzegalnym tłem znajomej ulicy”.

Kilka zdań
Pessoa_1Ileż to razy zaczytując się w jakąś powieść utożsamialiśmy się z jej bohaterami, przeżywając wszystkie ich wzloty i upadki. Te poważne, ale i te drobne. Jakaż złość na autora dopadała nas, kiedy uśmiercał naszą ukochaną postać. Podobnie jest z ludźmi, którzy żyli w świecie realnym. Z ludźmi, których dzisiaj poznajemy jedynie ze wspomnień ich bliskich, opracowań historycznych czy też reportaży.

Blisko dziesięć lat temu czytając o warszawskiej konspiracji lat drugiej wojny światowej natrafiłem na nazwisko Tadeusza Wiwatowskiego, historyka literatury, oficera Armii Krajowej, który poległ w Powstaniu Warszawskim. W większości tytułów poświęcano mu zaledwie po kilka zdań. Tutaj o działalności w podziemiu, tam o nigdy nie dokończonym doktoracie, w jeszcze innym miejscu o trudnym dzieciństwie. Z tych porozrzucanych w różnych miejscach informacji powoli zacząłem tkać obraz. Z każdym dniem, tygodniem, miesiącem i rokiem pełniejszy, ale też i pełen zagadek.

Krok za krokiem
gajcySzybko okazało się, że mamy sporo wspólnego. Skończyliśmy tę samą szkołę (choć na przestrzeni blisko siedemdziesięciu lat), wychowywaliśmy się w tym samym rejonie Warszawy, a w młodym wieku obaj pokochaliśmy twórczość Stanisława Wyspiańskiego.

Bazując na tych kilku wspólnych elementach odtwarzałem biografię Wiwatowskiego, który w końcu stał mi się bliższy niż niejedna osoba poznana w rzeczywistości. Podążając jego śladem wędrowałem po archiwach, antykwariatach i księgarniach. Fragmentów losu dawno przebrzmiałego szukałem w setkach książek i artykułów prasowych.

W ten sposób dotarłem m.in. do Stanisława Beresia i jego Gajcego. W pierścieniu śmierci. W monumentalnej, ponad 700-stronicowej biografii autora Śpiewu murów i Legendy o Homerze, kreśli Bereś obraz człowieka, który – choć w chwili śmierci miał zaledwie 22 lata – był jednym z najciekawszych polskich poetów pierwszej połowy XX wieku. Całość na podstawie materiałów archiwalnych, zbiorów rodziny poety, a w końcu – skromnej, choć przepełnionej treścią twórczości. Odtwarzając kolejne etapy życia redaktora konspiracyjnej „Sztuki i Narodu” opisuje Bereś m.in. jego studia na podziemnej polonistyce na Uniwersytecie Warszawskim.

Dowiadujemy się np., że „Gajcy wykazywał się sporą pilnością, a nawet wręcz pedanterią, o czym świadczą jego skrupulatne notatki z wykładów i ćwiczeń, konspekty oraz referaty”. Wśród jego kolegów z kompletu znajdowali się m.in. Zdzisław Stroiński oraz Władysław Bartoszewski. Jednym z wykładowców był zaś – Tadeusz Wiwatowski.

***

olszynaPięćdziesiąt lat po śmierci Gajcego i Wiwatowskiego znający ich obu Edmund Jankowski, badacz m.in. twórczości Elizy Orzeszkowej, pisał z wyraźną emfazą: „Tadeusz Wiwatowski, Tadeusz Gajcy, Krzysztof Kamil Baczyński, wdeptani w ziemię Kolumbowie, nie spełnione nadzieje nauki i literatury polskiej”.

Dzisiaj Gajcy i Baczyński są symbolami swojego pokolenia. Ich twórczość, pamięć o nich – trwają i nie znikną, czego dowodem jest właśnie dzieło Beresia. Wiwatowski zaś utknął gdzieś pomiędzy urywkami wspomnień a całkowitym zapomnieniem. Jednocześnie jak u Pessoi stał się dla mnie dziwnie rzeczywisty, wpływając w znaczącym stopniu na moje czytelnicze, choć nie tylko, wybory, wskazując wiele znakomitych tytułów. A wystarczyło do tego kilka prostych zdań.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Required fields are marked *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>